• Strona główna
  • Gabinet
  • Zespół
  • Usługi
  • Duchowość
  • Foto
  • Kontakt
  • Świadectwa

    Na tej stronie można przeczytać świadectwa osób, które korzystały z oferty gabinetu i są po zakończonym cyklu zajęć lub terapii.

    Program Formacji Ludzkiej "Ku dojrzałości osobowej" 2016/17

     

     

     

    Trening terapeutyczny "W Jego ranach jest nasze zdrowie" 2017

     

    Program formacji ludzkiej "Ku dojrzałości osobowej" 2016/2017

     

     

    Trening terapeutyczny "W Jego ranach jest nasze zdrowie" 2017

     

     

    Trening terapeutyczny "W Jego ranach jest nasze zdrowie" 2017

     

     

    Program formacji ludzkiej "Ku dojrzałości osobowej" 2016/2017

     

     

     
     

    Trening terapeutyczny "W Jego ranach jest nasze zdrowie" 2017

     

     

    Trening terapeutyczny "W Jego ranach jest nasze zdrowie" 2015

    Jechałam na trening terapeutyczny z dużym lękiem i niepokojem, nie byłam pewna czy wejdę w to, do czego mnie prowadził Jezus. Moja tęsknota za Nim była ogromna. Gdy już przyjechałam na miejsce ucieszyłam sie, że na treningu są osoby, które też się boją wchodzić w swoje trudne doświadczenia, od razu zrobiło mi się lepiej :)   Zdecydowałam się na trening w Myśliborzu, ponieważ czułam, że od dłuższego czasu wewnętrznie umieram. Był to trudny krok, ponieważ lubię radzić sobie ze wszystkim sama, pomagam innym - kocham moja pracę, a tu trzeba pozwolić, by mi ktoś pomogł. To była długa walka wewnętrzna, w której Pan mi pokazywał, że daje mi ludzi, nie muszę być sama w tym doświadczeniu na treningu - przed i po nim. Teraz widzę, że jest to coś pięknego :)  

    Wiedziałam, że moje teraźniejsze problemy wynikają z dzieciństwa, są schemtay z domu, które powtarzam w życiu zakonnym.  Na treningu weszłam w moją największą otchłań, noc i mrok, źródło moich lęków, niepokojów, paraliżów wewnętrznych, cierpienia, ogromnego smutku, bólu, zmęczenia, samotności i porzucenia, gniewu do moich rodziców. Pan nie zostawil mnie samej. Gdy Pani Agnieszka rozmawiała ze mną, pomyślałam w duszy: Teraz albo nigdy. Tak, pozwole sobie, już mogę  -  wchodze w to doświadczenie ... było to bardzo, bardzo trudne, wszystko emocjonalnie odżyło  i nie mogło się zatrzymać... byłam w otchłani z mojego dzieciństwa, w pewnym momencie s Władysława z Panią prowadzącą zawołały do mnie: Wracaj, wracaj! Czułam się, jakbym ugrzęzła pod powierzchnią wody i nie mogłam złapac powietrza, czułam jak się zapadam na dno... przestaję odczuwać swoje ciało... pomyślałam przez chwilę  "Jak dobrze jest nic nie czuć - tu zostaję", ale Pani Agnieszka z Siostrą dalej wołały: Wracaj! W tym momencie  wiedziałam, że tę decyzję musze podjąć sama, zaglądnęłam w swoje serce i zobaczyłam w nim ogromne PRAGNIENIE ŻYCIA. Zobaczyłam pomocną dłoń Boga, która CHCE wyciągnąć mnie z ciemności. I WYPŁYNĘŁAM :) 

    Dostałam ogromne poczucie bezpieczeństwa, które biorę na całe życie :) Poprosiłam Jezusa, by wszedł w moją ranę serca, czułam się taka brudna i grzszna, ale s .Władysława powiedziała,że mogę się przytulić do Pana, mogę wziąć Ikonę (która nam towarzyszyła).I zrobiłam to, CZEGO TAK BARDZO PRAGNĘŁAM. Jezus wszedł ze mną do ciemnego miejsca i zrobił tam porządek. Dał POKÓJ SERCA. Powiedział, że nie ma już tej otchłani i naprawde nie ma :) 

    Dziekuje Ci siostro Władysławo, że weszłaś tam ze mną, że pozwoliłas mi tam Kogoś zabrać :) nigdy Tobie tego nie zapomnę :) Jeszcze dużo pracy przede mną, ale teraz czuję, ŻE ŻYJĘ, widzę otwarte okna i drzwi, widzę kierunki, w których mogę iść, widzę swoje potrzeby, emocje, widzę szerzej otaczająca mnie rzeczywistość,WIDZĘ INNYCH LUDZI :) 

    JESTEM WOLNA I TAKA SZCZĘŚCIWA.  DZIĘKUJE  :)

    siostra


    Terapia indywidualna

    13 V 2015 r. jechałam do Wrocławia na planowo ostatnie spotkanie w czasie mojej terapii indywidualnej u s. Władysławy. Wiedziałam już czego się nauczyłam od Siostry. Doświadczałam już owoców mojego osobistego zaangażowania w przemianę postaw i sposobu myślenia, a jednak moje serce coraz bardziej napełniał smutek. Nie był to smutek rozstania z osobą, która mnie wspierała – s. Władysława jest pierwszą osobą, której pozwoliłam tak dobrze siebie poznać i wobec której pozostałam tak wolna.

    Podzieliłam się tym stanem z Siostrą podczas naszej rozmowy, a ona przypomniała mi obraz, który kiedyś sama jej pokazałam z mojej przeszłości – ja, mała Kasia, siedzę sama w domu, smutna... samotna (z różnych powodów) i boję się, że muszę sobie sama ze wszystkim poradzić. Tak, to właśnie to samo uczucie ogarnęło moje serce w drodze do Wrocławia. Poczułam się bezradna wobec tego doświadczenia – czyżby miało mi ono już zawsze towarzyszyć? Czy, mimo tak wielu wysiłków, pozostanę na zawsze w środku serca małą samotną dziewczynką? Czy musi mnie smucić to, że jestem samodzielna i sama podejmuję decyzje w moim życiu? Siostra powiedziała wtedy coś bardzo prostego:

    „Ty masz swój własny dom, do którego możesz zaprosić kogo chcesz...“

    Nie rozumiałam, co to znaczy, a czułam, że to jest to, czego potrzebuję. Umówiłyśmy się na kolejne spotkanie, na którym zaplanowałyśmy pracę z udziałemosoby trzeciej.

    Po powrocie do klasztoru z dnia na dzień rosła we mnie radość i niezwykłe doświadczenie pokoju i bezpieczeństwa, które to odczucia tak ze mnie emanowały, że otaczające mnie osoby pytały co się stało, że jestem jakaś inna. A ja jak dziecko powtarzałam – odkryłam mój dom! Dom, którego nikt mi nie może zabrać. Najważniejsze, że w tym domu przyjęłam siebie i dobrze było mi ze sobą. Życzliwie przyjęłam tam małą dziewczynkę, jaką jestem czasem, gdy czuję się bezradna i smutna oraz tę dojrzałą kobietę, która potrafi poradzić sobie z trudnościami swoimi i innych. W moim domu nigdy nie jestem samotna, bo jestem „przy sobie". Ktoś nawet bardzo zdziwił się, gdy powiedziałam, że dla mnie jest to ważniejsze niż bycie przy Bogu. Dlaczego? – wyjaśniłam – kto ma być przy Bogu jak nie cała ja! To znaczy: potrzebuję być przy sobie, aby być przy Bogu, bo jeśli nie jestem przy sobie, to nie oddaję całej siebie Bogu, tylko jakąś część siebie. Potrafię siebie pocieszyć, ale i potrafię życzliwie skrytykować – kocham siebie. Boże! Jak to dziwnie brzmi. Tak inaczej niż do tej pory żyłam.

    Pojechałam na kolejne spotkanie i przeżyłam, a raczej wszystkie trzy przeżyłyśmy, coś pięknego. Zaprosiłam do mego domu kogo chciałam. Przez otwarte drzwi może wejść każdy, ale dalej wprowadzam tylko te osoby, które znam i które znają i szanują mój dom. To niesamowite doświadczenie wolności – jestem bezpieczna u siebie, nie szukam usilnie schronienia u innych, a jednocześnie mogę spokojnie wejść do kogoś na jakiś czas, zostawić mu cząstkę siebie i spokojnie do siebie wrócić. Dowiedziałam się też, że jest taka możliwość, że osoby, co do których pomyliłam się, mogę wyprosić z mojego domu i nie muszę się ich bać. Inni też mogą nie chcieć mnie w swoim domu – to może być smutne, ale nie niszczy mojego życia.

    Mój dom to miejsce, gdzie mogę wejść ze wszystkimi moimi emocjami i zadać sobie pytanie: co mi chcesz powiedzieć mój smutku, moja złości, moja zazdrości? W moim domu siadam obok małej dziewczynki, która czasem się boi i pozwalam jej opowiedzieć o tym, czego potrzebuje, a potem zastanawiamy się razem czy naprawdę tego chcemy. W moim domu czasem jest dużo ludzi, a czasem jest pusto i tak też jest dobrze. W moim domu pustka jest miejscem, które Pan robi dla siebie i już nie chcę zapełniać jej czymkolwiek ani kimkolwiek, byle tylko nie było pusto. W moim domu mogę czekać na Pana sama. W moim domu jest dużo czułości, ciepła i tęsknoty, a także bezpiecznej bliskości z przestrzenią wolności, bo ta czułość i ciepło są obdarowywaniem, a nie wykradaniem sobie tego, co zapełni pustkę. Tęsknota jest miejscem dla kogoś, kto ten dar zechce przyjąć.

    Z mojego domu inaczej patrzę na świat, na ludzi, na siebie, na Boga... Nie chronię się u Boga przed sobą, bo wiem, że On mnie przyjmuje całą tak, jak ja siebie, a raczej to On pozwala mi przyjąć siebie całą. Nie boję się już ludzi. Boję się bólu, który mi zadają. Wiem jednak, że ja też ranię i to jest częścią naszego życia, naszej drogi do Domu Ojca, gdzie już nie będzie bólu ani smutku, ani złości. Bardzo tęsknię za Domem, ale ta tęsknota dziwnie dodaje sił, a myśl o tym Domu rozpala pragnienie byśmy się wszyscy tam spotkali. Ta tęsknota niepokoi mnie myślą, że jeszcze tak wiele osób nie wie o istnieniu ani tego domu w sercu, ani tego Domu w niebie. Wiele osób nie wierzy, że ten DOM jest dla nich...

    Dziękuję Siostrze Władysławie, że pozwoliła Duchowi Świętemu w sobie działać i stała się narzędziem, przez które odkryłam swój dom. Kochana Siostro! Jesteś ważną osobą w moim domu! Dziękuję też s. Nazarii i wszystkim siostrom i innym osobom, z którymi uczestniczyłam w spotkaniach we Wrocławiu, Bolkowie i Polanicy. Od Was tak wiele otrzymałam i nadal z tego czerpię. Dziękuję też moim Przełożonym, współsiostrom, rodzinie i przyjaciołom, którzy umożliwili mi korzystanie z terapii i warsztatów oraz wspierali mnie w różny sposób. Uwielbiam Boga w Sercu Niepokalanej, bo wielkie rzeczy uczynił mi Pan – nie boję się kochać i nie boję się bać...

    s. Wirginia (tzw.marczak ;-)


    Terapia indywidualna

    Co mi dała terapia?

    Jednym słowem mogę określić: wolność. Wolność o której przeczuwałam, że jest, do której tęskniłam. Bo przecież Pan Bóg stworzył nas do wolności.

    Przed terapią właściwie nie wiedziałam kim jestem (choć jestem dorosła, mam dawno za sobą wybór drogi powołania, zawód).

    Dziękuję Panu Bogu, że przyprowadził mnie do gabinetu s. Władysławy. Ona pomogła mi stać się wolną. Podczas sesji czułam się bardzo bezpiecznie. Choć trudno mi było opowiadać o sobie, swoich uczuciach to Ona zawsze znalazła jakiś promień, który rozjaśniał ciemności tej mojej „niewoli”. I choć trudności wewnętrzne i zewnętrzne nie zniknęły, teraz umiem na nie spojrzeć  z dystansem – bez panicznego lęku, oskarżania się itp. Witam uczucia, które się pojawiają (a które wcześniej tłamsiłam i udawałam, że ich nie ma) i pytam je co ze sobą przynoszą smiley . „Świat” stał się lepszy smiley

    M.


    Trening terapeutyczny

    Gdybym miała jednym słowem określić trening terapeutyczny, w którym uczestniczyłam, to użyłabym słowa: „rewelacja”. Pan Bóg dokonał cudu, uzdrowił mnie, a byłam przygnębiona i udręczona nieusuwalnym smutkiem. Z całą świadomością mogę powiedzieć, że na taki smutek i ból duszy spowodowany zranieniami sięgającymi głęboko w przeszłość, nie ma żadnego lekarstwa ani pocieszenia poza Bogiem.

    A co ma do tego trening? Wszystko tam miało swój sens i swoje znaczenie:

    1.       Wspólnota osób różnie poranionych w życiu

    2.       Prowadzący: s. Władysława i Marcin, który miał swoją niezastąpioną rolę

    3.       Praca własna każdej z uczestniczących osób

    4.       Modlitwa,  udział we Mszy Św., kaplica z obecnością Pana Jezusa, wspólne adoracje.

    Cztery filary składające się w jedną całość. Wierzę, że Pan Bóg chce współpracować z zespołem prowadzącym terapię i jej uczestnikami. Ludzie robią wszystko, co mogą, a wtedy On przychodzi i robi to, co najważniejsze. I za to niech będzie Bóg uwielbiony.

    Skutkiem treningu jest m.in.: pokój serca, radość, nadzieja na rozwój i przekonanie, że najlepsze jeszcze przede mną. Ufam, że Pan Bóg jest ze mną prowadzi mnie i On ma w ręku nasze losy. Nic Mu się nie wymyka i nie ma lepszej inwestycji jak Mu zaufać.

    uczestniczka


    Warsztat terapeutyczno-rozwojowy "Dar kobiecości" dla kobiet konsekrowanych

    Przyszedł czas na obiecaną refleksję po Polanicy... Wiedziałam, że warsztaty o kobiecości są mi potrzebne, ale nie wiedziałam czego się po nich spodziewać. Raczej oczekiwałam uświadomienia sobie pewnych spraw, czy ich przypomnienia... A przecież wiem i juz sama tego doświadczyłam, że s. Władysława pracuje na przeżyciu, a nie tylko na świadomości...
     
    Wróciłam do przeżyć mojej płciowości, czyli mojej osoby w wydaniu kobiecym od początku życia. Zobaczyłam, że są tam chore miejsca... Zasmuciło mnie to i zmartwiło, choć przecież nie zdziwiło. Obawiałam się, że przez to nie będę mogła żyć dziś pełnią mojej kobiecości. Okazało się jednak, że Pan ma swoje możliwości :-) Dzięki modlitwie przed ikoną Ukrzyżowanego Oblubieńca moje serce doświadczało uzdrowienia. Potrzebowałam właśnie Jego spojrzenia,  potrzebowałam znaków, które są na tej ikonie. Rozpięte ramiona ogarniające mnie całą i otwarte na mnie całą,  obfite strumienie krwi obmywające wszystko, co we mnie chore i brzydkie, gołębice, wśród których była jedna (małe marczątko;-) która mogła pić i pić i cieszyć się, że inne gołębice także piją z nikomu nie zabraknie. Pan uzdrowił we mnie poczucie braku z powodu tego, że nie jestem dla kogoś jedyna. Wiem, że dla Niego jestem, choć Ty też jesteś dla Niego jedyna...  Dłoń Ojca na ikonie pokazuje mi, to co w jednej z modlitw w czasie Eucharystii powtarza celebrans: i w Chrystusie, Ojcze, dajesz nam samego siebie. Więcej jeszcze refleksji a raczej doświadczeń wiary czy spotkań w wierze zrodziło się podczas kontemplacji tej ikony już po powrocie z warsztatów. I to jest wspaniałe, że owoce tych dni w Polanicy rodzą się tu w moim klasztorze, w moim domu, bo mam ikonę i mam zaszczepione w Nim moje myśli, pragnienia, doświadczenia spotkania.
     
    Największym przeżyciem warsztatów było spotkanie na którym odnawiałyśmy swoje śluby i na nowo ofiarowywałyśmy Jezusowi naszą oblubieńczą miłość... W moim sercu przez kilka ostatnich lat, z powodu różnych wydarzeń i chyba niewłaściwych wyborów topniał ten rodzaj relacji z Jezusem. Byłam przy Nim ale ta relacja nie była tym co łączy zaślubione sobie osoby. Nawet już pogodziłam się z tym, że przyjdzie mi tak żyć do śmierci... nie wiedząc czy to z powodu moich grzechów, czy jako rodzaj oczyszczenia. Bolała mnie nawet tęsknota za powrotem takiej relacji więc ją odsuwałam od siebie... i usychałam... A Pan nie ustawał w szukaniu sposobów przywrócenia mnie sobie... Podczas tego, chyba mogę powiedzieć - nabożeństwa - odnowienia ślubów zaczęło się moje nowe życie... Takie życie, które zaczyna się każdego dnia na nowo... I nie boję się, że będzie inaczej... i sama się dziwię, że się nie  boję... Namaszczenie ikony olejkiem było autentycznym namaszczeniem mojego Jezusa... kwiaty zerwane z łodygi były autentycznym aktem oddania Mu wszystkich moich tęsknot, które może zaspokoić tylko człowiek w życiu małżeńskim (mąż, dzieci, wnuki :-), a z których świadomie dla Niego po raz kolejny rezygnuję...  Dziękuję za taniec... To było stopniowe topnienie moich zaciśniętych z samotności ramion, stóp, dłoni... Dziękuję za piosenki... Słucham ich teraz wciąż... No, nie cały czas :-) staram się dbać o to, by Pan mógł do mnie mówić  w ciszy. Dzięki warsztatom moje rekolekcje 8 - dniowe były spotkaniami z Panem w nowy sposób. Miałam możliwość odbyć je sama, spędzając dużo czasu w małej kapliczce, gdzie mogłam płakać, tańczyć...
     
    Jeszcze raz: Chwała Panu! i Tobie wielkie dzięki za to co się wydarzyło i co trwa. Posyłam Ci moją modlitwę serdeczną, aby Pan nasz Oblubieniec pozwolił Ci doświadczać nieustannie swojej miłości i służyć innym w odnajdywaniu swojego miejsca w Nim.
     
    "marczak" s. Wirginia niepokalanka

    Terapia grupowa i trening terapeutyczny dla sióstr

    Chcę dziś głosić chwałę Pana za dzieła, których dokonał w moim życiu, a przede wszystkim za Jego niezgłębioną Miłość!Mogę dziś powiedzieć, że: Wydobył mnie Pan z dołu zagłady, z błotnego grzęzawiska; Pociągnął mnie ludzkimi więzami, a były to więzy Miłości; bo wybrał tych, których sam chciał, aby z nim byli. I powiedział: KOBIETO - Siostro ma, Oblubienico powołałem cię słusznie, ująłem za rękę i ukształtowałem, abyś ubogim niosła dobrą nowinę. A Ja Pan wskażę Ci drogę; Bo trwają wiara nadziej i Miłość, a największa jest Miłość. Staraj się posiąść Miłość, a Ja będę z tobą, aż do skończenia świata.

    To tak w skrócie droga, którą przeprowadził mnie Mój Jezus… Czuję się właśnie tak jakby to On wziął i wyciągnął mnie z dołu zagłady, z czarnej dziury, otrzepał z błota i przygarnął do Siebie. Nie mam innego wytłumaczenia na to co się wydarzyło w moim życiu jak tylko Jego działanie i Miłość.

    Trening terapeutyczny był dla mnie czasem, w którym doświadczyłam w głębi serca przyjęcia przez Boga i to od pierwszego momentu mojego zaistnienia, z tym wszystkim, co się wydarzyło, aż do dziś; także doświadczyłam przyjęcia przez wspólnotę, którą tam tworzyliśmy i tworzymy nadal; i jeszcze przyjęcia siebie i swojej historii w całości przez samą siebie. Zostawiłam dzięki temu kamień złości i nienawiści, a wzięłam jedynie swoją odpowiedzialność bez dodatkowego balastu.

    Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie długa droga, którą przeszłam z Jezusem przez ostatnie dziesięć lat. To On delikatnie, ale z mocą prowadził mnie z ciemności do światła, z poczucia bezsensu do nadziei, z zamknięcia do życia, z osamotnienia do relacji, z poczucia dorzucenia do bycia przyjętą, z lęku, bólu, złości, nienawiści i żalu do Miłości i wiary.

    Bardzo ważnym momentem tej drogi było doświadczenie kilku miesięcy terapii grupowej.  To w tej wspólnocie Jezus za pośrednictwem ludzi dotykał najgłębszych ran mojego serca. Tu doznałam uwolnienia z lęku, który nie pozwalał mi żyć, który sprawiał, że nie miałam siły, nie widziałam sensu. Tutaj po raz pierwszy doświadczyłam tego, że nie zostałam sama nawet w najtrudniejszych momentach i w największym lęku, że nie muszę już być sama… Ta obecność sprawiła, że lęk i ból zamiast mnie zabić wylały się i oczyściły ranę, którą nawet przed samą sobą skrywałam przez wiele lat. Odzyskałam siłę i chęć by żyć i iść dalej. A na treningu terapeutycznym nauczyłam się jak korzystać z tej wolności, dokonywać wyborów i podążać na przód. Dziś cieszę się odzyskaną wolnością i pokojem serca, zachwycam się życiem z entuzjazmem dziecka odkrywającego świat.

    Będziesz prześliczną koroną w ręku Swego Boga; Nie będą więcej o tobie mówić: „Porzucona”, o krainie twojej już nie powiedzą: „Spustoszona”; Raczej cię nazwą: „Moje w niej upodobanie”, a krainę twoją: „Poślubiona”. Zapomnisz o wstydzie twej młodości, bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel.

    Cieszę się  życiem, które ma sens bo od Boga pochodzi i ku Niemu zmierza! Za tą drogę, za wszystkich, którzy towarzyszyli mi w różnych momentach tej drogi, za cuda, które się dokonały  niech będzie Bóg uwielbiony!

     s.T.


    Trening terapeutyczny dla sióstr

    "Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu" św.Augustyn 

    Można by za św.Augustynem rozwinąć..niespokojne jest serce i dusza,i ciało... Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, stworzył jako ciało,duszę, i ducha. I człowiek jest w  pełni człowiekiem, gdy te trzy rzeczywistości są w nim obecne, żywe, żyjące.
    Moje doświadczenie treningu terapeutycznego to dwie najważniejsze rzeczy.

    Pierwszą jest doświadczenie Boga jako Ojca. Doświadczenie, którego nie da się opisać słowami, bo wykracza daleko poza czułość, bliskość, obecność, czy przeżycie. To trochę tak, jakby znaleźć w głębi siebie to jedno jedyne niepowtarzalne i jednocześnie najbardziej wrażliwe miejsce, w którym jest On sam. A gdy się tego miejsca dotknie, to okazuje się, że nie tylko Bóg jest we mnie, ale ja jestem w Nim..cała, ze wszystkim.
    Wiem, że do tego doświadczenia przygotowywał mnie długo. Być może całe moje dotychczasowe życie. Ale to właśnie trening stworzył mi bezpieczne warunki, by znaleźć w sobie dokładnie to najczulsze miejsce, w którym jest On sam. Pojechałam na trening rozwiązać swoje problemy, a narodziłam się na nowo... w ramionach Ojca, który sam mnie chciał i od dawna już mnie w swych ramionach trzyma.
    I tu pojawia się druga najważniejsza rzecz. To głębokie doświadczenie bezwarunkowej miłości nie sprawiło, że problemy zniknęły, ale, że przestały straszyć... niespokojne jest serce dopóki nie spocznie..gdy serce spocznie w Bogu okazuje się, że i dusza i ciało odpoczywają...człowiek jest w pełni. To drugie niesamowite doświadczenie - bycie człowiekiem w pełni. Tak, jakby wszystkie elementy układanki mojego życia (i tego przeszłego, ale przede wszystkim tego "tu i teraz") dopasowały się i stworzyły całość.

    Jeśli kiedyś myślałam, że terapia zajmuje się przestawianiem w głowie, to teraz wiem, że ona prowadzi do odkrycia najpiękniejszej wersji samego siebie. A najpiękniejszą wersją jest ta, którą stworzył i kocha Bóg. I to On jest pierwszym terapeutą, który prowadzi przez całe życie...również poprzez innych ludzi.
    I nie byłoby tej najpiękniejszej wersji mnie bez grupy terapeutycznej - wspólnoty, którą tworzyliśmy i tworzymy nadal, bo doświadczeń, które razem przeżyliśmy i głębi, którą sobie wzajemnie odkryliśmy nikt nam nie zdoła odebrać.
    I za Was wszystkich - prowadzących i uczestników, za Wasze piękno... niech będzie Bóg uwielbiony!

    s.G.


    Warsztat terapeutyczno-rozwojowy "Dar kobiecości" dla kobiet konsekrowanych

      WIEM KIM JESTEM

     Pragnieniem mojego serca jest dać świadectwo Wszechmocy Boga.  Doświadczenie Miłości, które stało się moim udziałem przemieniło mnie samą i  całe moje życie.

     „Dar Kobiecości”- warsztat rozwojowo-terapeutyczny dla kobiet konsekrowanych  bardzo mnie zaskoczył. Pojechałam do Polanicy, nie wiedząc czego się  spodziewać. Ostatnie dwa lata bardzo zawirowały moim życiem. Będąc zakonnicą  już po ślubach wieczystych, w splocie różnych trudnych wydarzeń pogubiłam się  tak, że sama zepchnęłam mojego Oblubieńca na drugi plan. Bezpiecznie czułam  się w pewnej odległości, niezbyt blisko Jezusa. Bariera, którą odkryłam, czyniła  ze mnie poczwarkę szczelnie zamkniętą w swoim kokonie. W konfrontacji ze  Słowem Bożym zobaczyłam, że była ona tylko czystym moim wymysłem,  rodzajem ucieczki. Ten czas pomógł mi w zupełnie innym świetle spojrzeć na  wydarzenia, które osłabiły moją relację z Jezusem. Bóg działa bardzo delikatnie i subtelnie. Dwa dni miałam wrażenie, że nic do mnie nie dociera, nic mnie nie porusza, jakby łaska Boża nie działała. Wystarczyło jedno popołudnie, nie wiem kiedy i nie wiem jak, ale bardzo mnie przemieniło. Odkryłam, że jestem kobietą Jezusa i jestem z tego dumna. Dzisiaj wiem, że nikt i nic tego nie zmieni. Moimi stały się słowa piosenki: „Nie porzucisz mnie, nie zapomnisz o mnie. Gdy odejdę znów daleko, Ty odnajdziesz mnie”. Kolejny raz namacalnie doświadczyłam, że On znów o mnie zawalczył, napełnił swoim pokojem. To niesamowite jak Bóg potrafi działać w duszy człowieka. Czuję ogromną wdzięczność, że zostałam wybrana przed laty, ale większą wdzięczność czuję za to, że trwam mimo, iż chciałam zdezerterować, bo zabrakło mi wiary. Chciałam układać życie po swojemu, ale nic dobrego z tego nie wychodziło. Jezus Miłosierny (ten wizerunek jest mi szczególnie bliski, chwyta mnie za serce, był u początku mojej drogi) jest ze mną w najtrudniejszych momentach. Namacalnie tego doświadczam i bardzo mnie to porusza. To nie przypadek, że kiedy wszystko wydaje się walić, napotykam ten obraz w miejscach, w których bym się go nie spodziewała. Jestem pewna, że Jezus  w ten sposób zapewnia mnie o swojej bliskości, a przede wszystkim o czułym zatroskaniu o swą czasem niewierną oblubienicę. Czuję się silniejsza. Jestem Jego, a On jest mój! Modlę się, abym nigdy  w Niego nie zwątpiła.

    Dzieląc się moim przeżyciem pragnę wzbudzić nadzieję w sercach, w których żar przygasł. Wierzę, że nawet stos popiołu może kryć żarzącą się iskrę, która gdy  się rozpłomieni, wszystko swym żarem odmieni. Panie dziękuję Ci za moje powstanie ze snu: „Talitha kum”. Pragnę w łączności z Tobą, żyć pełnią życia, które Ty mi dajesz!

    s. Agnieszka od Oblubienicy Ducha Świętego


    Grupa terapeutyczna dla sióstr

    Po raz kolejny w moim życiu doświadczyłam troski Pana Boga o mnie.  Czas terapii to dla mnie czas łaski.

    Rozpoczynałam ją pełna lęku, lęku który mnie paraliżował, odbierał radość życia, uniemożliwiał tworzenie dobrych relacji i akceptację siebie. Żyłam w ciągłym zagrożeniu, napięciu.

    Atmosfera zaufania i życzliwości panująca w grupie pomogła mi powoli otworzyć się i podzielić sobą. Zostałam przyjęta w słabości, z którą sama siebie odrzucałam. Przyjęta bez oceniania, taniego pocieszania. To dawało mi odwagę i pomogło mi inaczej spojrzeć na siebie.

    Powoli zaczęłam dostrzegać zmianę w moim zachowaniu, w miejscu pracy i na studiach. Wcześniej jakakolwiek publiczna wypowiedź dużo mnie kosztowała, teraz widzę, że coraz częściej śmiało wyrażam swoje zdanie, nie oglądając się na opinie innych.  Jestem bliżej siebie samej. Nie muszę być lepsza niż jestem, mocniejsza, doskonalsza. 

    Pan Bóg uzdrawiając nasze rany, posługiwał się S. Władysławą i Panią Jadwigą, które przez profesjonalną pomoc psychologiczną, ale też duchowym wsparciem w modlitwie, towarzyszyły nam w tej drodze odkrywanie prawdy o sobie, odkrywania tego, co piękne i mocne w nas. Za co jestem ogromnie wdzięczna.

    „Być sobą to być świętym”  Thomas Merton. Życzę sobie i Wam wszystkim świętości.

    s. B.


    Grupa terapeutyczna dla sióstr

    Na pierwsze zajęcia w grupie przyszłam pełna obaw, że się nie otworzę przed innymi, że będę oceniona, odrzucona, że może to nie dla mnie. Miałam jednocześnie głęboko w sercu pewność,że nie znalazłam się tutaj przypadkowo. Z czasem zauważyłam, że wszystkie moje obawy były przedwczesne. Czułam się trochę jak ślimak, który powoli wysuwa głowę z muszli. Czasem się chowałam, a czasem wychodziłam trochę dalej niż poprzednim razem, aż w końcu poczułam, że mogę zaufać i pokazać się w całości, taką jaką jestem.Cenne było to, że sama decydowałam o tempie mojego "wyjścia z muszli".
     
    Teraz, kiedy nasze zajęcia dobiegły końca,mogę śmiało stwierdzić, że ten czas był dla mnie bogactwem. Poznawałam siebie, swoje mechanizmy, przysłuchując się pracy innych osób, docierałam do takich miejsc i emocji w sobie, których sama wcześniej nie zauważałam lub które maskowałam. Niesamowite jest dla mnie również poczucie wspólnoty, jakie się między nami zrodziło. Myślę,że to wynik wzajemnego szacunku, zaufania, akceptacji, szczerości i wspólnego przejścia przez nasze osobiste trudy. Jestem przekonana, że ten czas będzie owocował we mnie jeszcze długo, a pamięć o napotkanych życzliwych mi osobach doda nieraz otuchy i odwagi w dalszym pokonywaniu codziennych trudności.
     
    Za cały ten czas dziękuję Bogu. Jemu oddaję wszelki trud, łzy i całą radość, których doświadczyłam podczas mojej pracy.
     
    s. A.
     

    Grupa terapeutyczna dla sióstr

    Bóg jest pokorny w swoim działaniu, często prowadzi człowieka drogą, na której pragnie objawić swoją Miłość i troskę. Rzeczywistość tej drogi często wychodzi poza nasze projekcje, wizje i oczekiwania.

    Ja doświadczyłam tej drogi, przeszłam pewien jej etap w ostatnich miesiącach. Jest to szlak, na którym odciśnięte są nie tylko moje stopy ale także poznanych ludzi, to kawałek mojego życia na zawsze ubogacony ich obecnością.

    Grupa to dla mnie doświadczenie własnej kruchości, słabości, braków, zranień w atmosferze akceptacji i przyjęcia, otwarcia i wrażliwości na to, jak wyglądało moje życie, co wniosły do niego różne doświadczenia. Grupa to głos, który zabrzmiał w moim sercu i umyśle, głos szacunku, życzliwości, serdeczności. Grupa to światło dla moich oczu: światło, które rozświetliło moje ciemności, rozświetliło moje spojrzenie na samą siebie. Grupa to troskliwe dłonie, które rozluźniły moją pięść tak, że przyjęłam samą siebie z radością,  zamiast w siebie uderzać.

    Grupa to dla mnie także doświadczenie tego, co piękne we mnie, w innych, we wspólnocie, w życiu. To doświadczenie bogactwa każdej osoby, działania Boga w moim życiu i innych.

    Ten czas był dla mnie odkrywaniem własnego oblicza, oczyszczeniem spojrzenia na siebie, ludzi i świat, na własne życie. Dzięki grupie jestem w głębszym kontakcie ze sobą, a dzięki temu w głębszym kontakcie z Bogiem i innymi ludźmi.

    Największym skarbem jaki zabieram z tej wędrówki jest moje „ja”. Jestem przy sobie, by pełniej doświadczać i smakować życie – osobiście, jak dziecko Boga stworzone z Miłości, którą jest Najwyższy.

    s. F.


    Grupa terapeutyczna dla sióstr

    W ciągu 7 miesięcy spotykała się grupa terapeutyczna sióstr zakonnych. Oto ich krótkie refleksje podsumowujące pobyt na grupie...

    Otwarte ramiona taty. Pojednanie. Czułość Boga. Więcej spokoju, odwagi  w odkrywaniu i wyrażaniu siebie. Znajomość siebie bardziej akceptująca. Dużo światła na dalszą drogę.

    Dziękuję za ten czas, bo bardziej nauczyłam się słuchać i rozumieć innych. Mogłam zrozumieć osoby w mojej rodzinie. Mogłam zrozumieć swoje mechanizmy w stosunku do innych i odkryć inne podejście.

    Był to czas trudny, bo stanęłam w prawdzie o sobie i swojej rodzinie, a jednocześnie radosny.

    Doświadczyłam zmiany w patrzeniu na siebie, lepiej traktuję samą siebie, przede mną dużo nadziei, wiary, możliwości osobistego przeżywania codzienności.

    Mogłam tu być sobą, znalazłam wiele odpowiedzi, otrzymałam wsparcie i sama mogłam wspierać, dzięki czemu czułam się potrzebna, godna zaufania.

    Nie tylko ja jestem w drodze. Inni też są. Akceptuję ich drogę i zaczynam lepiej rozumieć ludzi.

    Czuję się pewniejsza w trzeźwym myśleniu i podchodzeniu do spraw. Widzę w sobie więcej spokoju. Pozwalam sobie na odpoczynek, czerpanie z tego, co mnie cieszy. Zabieram stąd doświadczenie tej wspólnoty, radość bycia z siostrami.

    Wdzięczność za uważne słuchanie, za to, że to, co mówiłam nie było zlekceważone, że miałam czas na wypowiedzenie się, a przez to poczucie, że jestem ważna. Że JESTEM.

    Jestem cudowna taka, jaka jestem - z takim charakterem, wyglądem, humorami, dzieciństwem i wszystkim, co niosę ze sobą.

    Inaczej rozmawiam z ludźmi - bardziej ich "widzę".

    Zabieram Boga, by być w Nim i żyć dla Niego.

    Zamiast zmieniać innych mogę zmieniać siebie.

    Mój zysk: poczucie przyjęcia, wgląd w siebie, nadzieja na lepsze funkcjonowanie, większa wiara w siebie, dbanie o siebie, wzięłam dużo radości.

    Nawiązanie kontaktu ze sobą, przyjęcie siebie, poczucie, że jestem ważna, dobra, wartościowa.

    Dopuściłam do siebie, że nie muszę być silna. Pozwoliłam sobie płakać i przeżywać. Radość więzi między nami. Akceptacja, miejsce we wspólnocie, czas, przyjęcie mnie z uwagą.  Podjęcie walki o siebie i doświadczenie przyjęcia ze słabością. Zaczęłam akceptować moją słabość. Nie kupuję miłości innych.

    Siostry M., F., S., H., D., A., B., M., B.


    Grupa rozwojowa dla sióstr

    „Różne są dary łaski lecz ten sam Duch, różne są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan, różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich.” (1 Kor 12, 4 – 6)

    Dziękuję dobremu Bogu i Wam kochane Siostry za to, iż w czasie naszych poniedziałkowych spotkań mogłam doświadczyć tej jedności w różnorodności. Doświadczyłam namacalnie, że Ten który nas łączy, to sam Bóg, a wielość charyzmatów i nasza różnorodność to wielkie bogactwo. Miłość Chrystusa Oblubieńca, nasze pragnienie bycia całymi dla Niego sprawiła, że stałyśmy się dla siebie Siostrami. Pięknym było dla mnie doświadczenie prawdziwie siostrzanych relacji, a to pozwoliło mi otwierać się na relacje z siostrami w mojej wspólnocie i odkrywać je na nowo – odkrywać ich piękno. Poza tym czas warsztatów był czasem, w którym szczególnie odkrywałam, iż mój Jezus nieustannie walczy o relacje ze mną. Spotkanie z Wami i z sobą samą pozwoliły mi otwierać się na nowo na spotkanie z Chrystusem Oblubieńcem. Po raz wtóry mogłam Mu oddać swoje życie – znów bardziej i pełniej oraz doświadczyć Jego Miłującego przyjęcia i Jego „pragnienia dusz”, pragnienia Miłości. Jeszcze raz dziękuję za ten dar, za dar naszych spotkań, za to, iż zyskałam więcej Sióstr!

    s.T.


    Wyjazdowa grupa terapeutyczna DDA

     

    Łaska buduje na naturze!

     

    Z ogromną radością i wdzięcznością w sercu wspominam warsztaty rozwojowo-psychologiczne.
    Był to dla mnie intensywny czas łaski, czas pracy nad sobą - dla siebie! Taki psychiczny „refresh” ;)
    Warsztaty to ludzie, a ludzie to wspólnota, w moim wypadku odegrała ona ogromną rolę. Fantastyczne osoby, które tam spotkałam, były dla mnie obrazem tego, że możliwa jest  jedność w różnorodności. Zrozumienie, poczucie bezpieczeństwa rodziły we mnie większą otwartość i zaufanie. Nie obawiałam się ocen i wyśmiania, wręcz przeciwnie -  czułam się przyjęta i zaakceptowana. Po prostu - mogłam być sobą! Teraz gdy przychodzą trudne dni, wracam myślami to tamtych chwil. Wraca pewność siebie i to niesamowite uczucie wolności ;)

    Aż chce się żyć!

    No i najważniejsze – przekonałam się, że Bóg może działać nawet przez psychologię :)

     

    s. K.

     


    Grupa rozwojowa dla sióstr

    "Czasem Bóg stawia takich anielskich ludzi na naszej drodze, by człowiek zrozumiał i doświadczył, że naprawdę może być przez kogoś kochany bezwarunkowo, że ktoś się nami interesuje, że dla kogoś ważne jest nasze życie."
    o. Augustyn Pelanowski


    W ostatnim czasie Pan dość intensywnie i mocno działa w moim życiu i sercu. W dużej mierze zawdzięczam to grupie prowadzonej przez s. Władysławę i moim Siostrom z grupy... To było dla mnie niezwykłe doświadczenie, za które dziękuję Dobremu Bogu i moim Przełożonym.
    Pan ma różne drogi, żeby pociągnąć nas do siebie, pokazać w czym jeszcze nasza miłość do niego wymaga oczyszczenia, co nie należy do Niego, jak przeszłość naszego życia odciąga nas od doświadczenia radości i szczęścia w codziennym życiu. Tego wszystkiego pozwolił mi doświadczyć na wspólnych spotkaniach grupowych... Doświadczyć akceptacji, zrozumienia i zaufania, bogactwa różnorodności, która nie ocenia, ale kocha...
    Moim Siostrom :) za razem przeżyte chwile, we wspólnym dążeniu i poszukiwaniu Boga, drugiego człowieka i siebie - Dziękuję :)

    s.M.